Nie wiem, czy to minimalizm, ale działa (12 nowych rzeczy w 2025 roku - moje podsumowanie)

Zestawienia roczne mają w sobie coś z rachunku sumienia – tylko zamiast grzechów głównych liczymy pary butów i impulsywne zakupy w galeriach. Sprawdziłam, jak bardzo udało mi się nie przesadzić w 2025 roku.

Oto, co zasiliło moją szafę w zeszłym roku:

  1. Różowe japonki (4F) – 9,99 zł
  2. Buty trekkingowe (4F) – 399,99 zł
  3. Sneakersy białobłękitne - (DeeZee dla ccc.eu, widzieliście je w drugiej stylizacji) – 92,72 zł
  4. Kapcie do domu (Biedronka) – ok. 30 zł
  5. Czarne spodnie z wiskozą (Mohito) – 79,99 zł
  6. Czarne spodnie z kieszeniami (prezent) - 0 zł
  7. Spodnie w kratkę  (prezent) - 0 zł
  8. Kurtka przejściowa typu parka (4F, pokazywałam ją tutaj) – 79,99 zł
  9. Piżama (Cropp) – 49,98 zł
  10. Spinka do włosów w kolorze złotym (Rossmann) – ok. 7 zł 
  11. Spinka do włosów w zwierzęcy print (Rossmann) – ok. 10 zł,
  12. Czarne gumki do włosów (Rossmann)  - około 5 zł

Nie wliczam bielizny – są granice nawet w minimalizmie. Pomijam też koszty przesyłek, a część cen to wartości „z pamięci”, czyli w praktyce: mniej więcej, ale z przekonaniem.

I teraz liczby: w 2024 roku było to aż 19 rzeczy - cały wpis tutaj), w 2025 – 12 pozycji. Szczerze? Liczyłam na mniej, ale najwyraźniej minimalizm nie działa na zasadzie "coraz mniej i już", tylko "coraz bardziej świadomie, ale nadal po ludzku".

Łączny koszt wyniósł 764,66 zł (bez uwzględnienia rabatów końcowych). I choć liczby zawsze robią wrażenie, prawda jest nudniejsza i lepsza jednocześnie — większość tych rzeczy naprawdę jest używana, a nie „czeka na lepszy moment”.


Wydatki na ubrania w 2025 roku
1. Piżama – czyli oficjalny uniform życia, w którym nic nie muszę. Idealna na piżamowe home office i dni, w których ambicje też biorą wolne. A spinki? Cóż — kupując je, nie przypuszczałam, że awansują z „wyjściowych” do „domowych na stałe”. I chyba nawet nie protestują.

Czy to minimalizm idealny? Nie.

Czy lepszy niż w roku 2024? Tak. 🤍

Czy wciąż mam w szafie rzeczy „na wszelki wypadek”? Oczywiście.

Ale jeśli ten trend się utrzyma, to za kilka lat moje roczne podsumowanie będzie się składało z jednej pary butów i bardzo spokojnej głowy. Albo dwóch par — bo jednak życie nie negocjuje z pogodą.

Bywały też lata bez zakupów, ale nie wracam już do tego trybu. 

Dziś bliżej mi do zasady: ma sens → kupuję, nie ma sensu → nie komplikuję. 

I to działa lepiej niż wszystkie „noworoczne wyzwania” razem wzięte.

A jak jest u Was?

Do następnego!



Komentarze